Wysocki odpalił drugiego papierosa. Zaklął w myślach,
że przecież miał już nie palić, ale w
sumie to po co miał o siebie dbać? Dla kogo żyć? Najwyżej zaprosi tym
jakiegoś sympatycznego raka do swoich płuc. Zaprosi albo nie zaprosi – tak
naprawdę, było mu to obojętne.
Zachłannie zaciągnął się dymem, upatrując w tym czegoś, co mu w jakikolwiek sposób pomoże,
jakoś załagodzi, coś zmieni.
Nie
pomagało.
*
–
Widzę, że te badania siedzą ci w głowie. Wielka kariera się marzy, co? – rzucił
Kamil mimochodem, zauważywszy Klarę wchodzącą do pokoju lekarskiego, nie
odwracając wzroku od telefonu komórkowego.
– Proszę? – Klara stanęła w drzwiach jak wryta, kompletnie zszokowana tym, co
usłyszała.
–
Myślisz, że jak będziesz przymilać się do Wysockiego, to on cię wybierze? –
zapytał Kamil z mieszanką złości, ironii i zazdrości.
– Proszę?! – powtórzyła, ale tym
razem z wyraźnym oburzeniem.
– No nie wmówisz mi, że
nagle zaczął obchodzić cię los biednego pana Huberta. – Kamil omiótł ją
chłodnym spojrzeniem. – Żałuję, że ci o tym powiedziałem. Myślałem, że gramy do
jednej bramki.
–Ja też myślałam, że gramy
do jednej bramki – syknęła, po czym ostentacyjnie wyszła z pomieszczenia. Nie
chciała z nim przebywać, przynajmniej dopóki nie przyjdzie ktoś jeszcze. Bała
się, że pod wpływem emocji powie coś, czego potem będzie długo żałować. Zdawała
sobie sprawę z tego, że potrafi być wybuchowa, a nie miała ochoty na
wszczynanie wojny.
Wyszła na korytarz, podeszła do
okna i oparła się o parapet, mocno zaciskając dłonie na jego krawędzi. Dysząc
ciężko, starała się sprawić, by jej wściekłość gdzieś wyparowała, ulotniła się
w powietrze. Nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała. Jak on mógł
posądzić ją o coś takiego?! Jak w ogóle mógł pomyśleć, że Klara, rozmawiając z
Wysockim na tematy inne niż zawodowe i starając się wesprzeć go w trudnych
chwilach, chce sprawić, by ten podjął korzystną dla niej decyzję w sprawie
nadchodzącego wyjazdu i udziału w międzynarodowym projekcie?! Jasne, gdyby
mogła w nim uczestniczyć, bardzo by się ucieszyła, gdyż traktowała to jako
ogromną szansę dla siebie i swojego rozwoju zawodowego, ale w życiu nie
przyszło jej do głowy, żeby wykorzystać problemy osobiste Wysockiego, aby
sprawić, by wybrał właśnie ją. Ba, w ogóle nie pomyślała o robieniu czegokolwiek,
by wymusić taką, a nie inną decyzję Wysockiego. To był absurd. Klara brzydziła
się lizusostwem i nigdy nie uciekała się do tak prymitywnych metod, by osiągnąć
swój cel.
– Hej, złość piękności szkodzi. –
Poczuła, jak ktoś staje za nią i kładzie swoje dłonie obok jej dłoni, lekko
obejmując ją od tyłu. Odwróciła się i zobaczyła Łukasza. Stali teraz przodem do
siebie. Znowu przeszywał ją tym swoim elektryzującym spojrzeniem, znowu byli
niebezpiecznie blisko siebie, ale nie miała ochoty na to, by walczyć z tą
sytuacją. Właściwie, to wcale jej to nie przeszkadzało.
– Bardzo śmieszne –
odpowiedziała, spoglądając na niego z ukosa.
– Stało się coś?
– Powiedzmy, że właśnie odkryłam
granicę ludzkiej głupoty.
– I jaka diagnoza? Gdzie ona
jest?
– W nieskończoności.
– Rozumiem. – Łukasz zaśmiał się
lekko. – Też tak sądzę, pani doktor.
–No, proszę, panie doktorze,
jak my się ze sobą zgadzamy! Kto by pomyślał – dodała z flirciarską ironią.
– Też się dziwię. – Łukasz
uśmiechnął się lekko, podchwytując taktykę Klary, po czym, słysząc kroki, odwrócił lekko głowę do tyłu. –
Ale o tym porozmawiamy później, bo teraz, pani doktor, chyba ma pani gości –
zakomunikował i odsunął się, by stanąć obok Klary i odsłonić jej pole widzenia
na korytarz.
Kilka metrów przed sobą ujrzała
dwie postacie – kobietę i mężczyznę, których bez trudu rozpoznała. Byli
rodzicami tego chłopaka, którego niecały tydzień temu operowała razem z
Kamilem.
– Dzień dobry, pani doktor.
Chcieliśmy pani podziękować – zakomunikowała kobieta, wręczając jej
kosz ze słodyczami.
– Nie ma za co dziękować, to moja
praca – odparła Klara oficjalnym tonem.
– Ale życie naszego dziecka to coś więcej. Proszę więc pozwolić nam podziękować.
– I przeprosić–zaznaczył
ojciec, składając na jej ręce bukiet kwiatów – że w panią nie
wierzyliśmy. Wolę nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby nie pani... Teraz
wiemy, że to, że nasz syn wraca do zdrowia, to w dużej mierze pani zasługa. Mam
nadzieję, że wybaczy mi pani tamto moje zdenerwowanie.
– W porządku, nie ma o czym
mówić. Miał pan prawo być zdenerwowanym. Ja też byłam. – Uśmiechnęła się lekko,
spełniając ich prośbę, przyjęła prezenty i wymieniła uściski dłoni z rodzicami
swojego pacjenta.
Łukasz cały czas stał obok i
uśmiechał się lekko, obserwując całą scenę.
–Wiedziałeś, że się do mnie
wybierają? – zapytała, gdy już odeszli, mierząc Łukasza wzrokiem.
– Owszem – powiedział dumnie.
– Skąd?
– Tak się złożyło, że miałem wczoraj
dla tego pacjenta bardzo dobre wiadomości, ma coraz lepsze wyniki. A że akurat
ich tam spotkałem, to mogłem im odpowiedzieć na pytanie, kiedy będą mogli
spotkać tę piękną, młodą lekarkę, która operowała ich syna – odparł szarmancko.
– Nawet nie musieli mówić, jak ma na imię, od razu wiedziałem, o kogo chodzi.
Tym bardziej, że słyszałem o tej twojej popisowej akcji.
– Jasne, jasne. – Klara spojrzała
na niego pobłażliwie.
– No, dobra – przyznał
przeciągłym tonem – trochę podkoloryzowałem. Po prostu zapytali, kiedy będzie
doktor Klara Majewska. Ale wiesz, twoje imię i przymiotnik piękna to synonimy, więc pozwoliłem sobie go użyć. Tylko błagam,
nie mów, że to słaby podryw, bo naprawdę się starałem.
– Przemilczę to w takim razie. –
Uśmiechnęła się porozumiewawczo.
– Łaskawca.
– Do usług.
– Kawa? – Łukasz zmienił temat i
spojrzał na nią hipnotyzująco.
–Kibluję tu cały weekend –
zaznaczyła, dyplomatycznie unikając jednoznacznej odpowiedzi. Zarówno
twierdzącej, jak i przeczącej.
– Ja też.
– Jak to? Przecież nie było cię w
grafiku.
– Zamieniłem się. Radkowi coś
wypadło.
– Znacie się? W sensie: znaliście
się już wcześniej?
– Tak, to mój kumpel ze studiów.
To jak z tą kawą? – Łukasz nie pozwolił Klarze odejść od tematu. – Może być w
szpitalnym bufecie albo nawet w pokoju lekarskim – zaznaczył.
– Czemu ci na tym tak zależy? –
Klara zmierzyła go wzrokiem.
– Bo chciałbym z tobą normalnie
pogadać. Bez tych głupich docinek.
– A nie gadamy?
– No, gadamy – przyznał. – Ale...
– Ale może już wróćmy do
pracy, co? – zapytała, zauważywszy, że nie zdążyła się jeszcze nawet przebrać.
A przecież nie mogła się obijać.
Nie mogła też ulegać emocjom, a dzisiaj, mimo że upłynęło relatywnie mało
czasu, miała ich aż zanadto. Musiała jednak trzymać je na wodzy.
*
Elegancka,
zadbana kobieta w średnim wieku wysiadła z autobusu, poprawiając swój sięgający
do połowy ud beżowy płaszcz. Pasek w talii podkreślał jej nienaganną figurę,
której zapewne pozazdrościłaby jej niejedna równolatka. Oczywiście, od młodości
przybyło jej kilka kilogramów, powodujących, że sylwetka nabrała trochę
pełniejszych kształtów niż kiedy miała dwadzieścia czy dwadzieścia kilka lat,
ale naprawdę wyglądała niezwykle dobrze. Izabela była z siebie dumna – w końcu
nie każdej kobiecie w jej wieku udaje się prezentować tak jak ona.
Idąc drogą, raz po raz poprawiała niesforne kosmyki
włosów, które, targane wiatrem, burzyły idealny kształt ściętej na skos i
zaczesanej na bok grzywki. Resztę włosów, naturalnie brązowych, a teraz w zgaszonym
odcieniu miedzi, upiętą miała w raczej luźny, choć nie niedbały kok.
Trasa
od przystanku autobusowego na cmentarz nie była na tyle długa, by nie można
było pokonać jej pieszo, ale też nie na tyle krótka, by kompletnie nie odczuć
tej odległości. Zajmowała mniej więcej, w zależności od tempa marszu,
piętnaście do dwudziestu minut. Było to wystarczająco dużo czasu, by przyjrzeć
się okolicy. Mimo że zawsze pokonywała tę samą trasę, ani trochę się jej nie
znudziła. Idą i obserwując rodzinną wioskę, za każdym razem czuła, jakby była
tu po raz pierwszy od czasu, kiedy jej życie się – ogólnie mówiąc –
skomplikowało. Znów nie poznawała samej siebie. Przez te kilka dni w roku,
które spędzała w Polsce, była kompletnie inną osobą. Taka nostalgia i tęsknota
za tym, co było, kompletnie do niej nie pasowały. Przeszłości już nie ma, jest
natomiast to, co tu i teraz. Jest teraźniejszość, w której trzeba się odnaleźć.
I normalnie to wiedziała. Ale nie teraz, odwiedzając rodzinne tereny.
Mimo
że, z racji pory roku, niemożliwe było ujrzenie przyrody w jej rozkwicie, można
było stwierdzić, że okolica jest naprawdę ładna. Izabela też stwierdzała to co
roku. Czuć było ten spokój, może momentami wręcz stagnację, ale mimo to był to
idealny kontrast dla miejskiego zgiełku, którą miała na co dzień. Rzędy
relatywnie niewielkich domów z ogródkami po obu stronach raczej wąskich
uliczek, a w oddali widocznie gdzieniegdzie połacie pól uprawnych i łąk oraz
lasy – okolica była naprawdę klimatyczna. Na cmentarz prowadziły dwie drogi.
Izabela wolała tę, którą właśnie podążała. Druga prowadziła przez centrum – o
ile w przypadku wsi można mówić o takowym – obok przedszkola, szkoły, dużego
sklepu spożywczego i przez dość ruchliwą
ulicę. Ruch akurat miała na co dzień – tutaj chciała odpocząć. Oderwać się od
tego wszystkiego, co zazwyczaj ją otacza. I również trochę wyciszyć, zbudować
nastrój.
Dotarłszy
na cmentarz, podeszła do grobu swoich rodziców i odgarnęła ręką resztki liści i
odłamki gałęzi, które na nim pozostały. Później wyciągnęła z torebki suchą
szmatkę, zmoczyła ją wodą, którą wcześniej zaczerpnęła ze cmentarnej studni,
przetarła pomnik z brudu i zapaliła znicz, który kupiła u starszej kobiety
dorabiającej sobie do emerytury, prowadząc stoisko przed cmentarzem. Kwiatów nie
składała. Uważała, że byłoby to bezsensu, gdyż bukiet wkrótce zwiędnie, a nie będzie
nikogo, kto mógłby później go sprzątnąć, by pożółkłe łodygi, zeschnięte liście i
opadłe, pomarszczone płatki nie szpeciły grobu, który i tak – musiała przyznać –
był trochę zaniedbany i... pusty. Nie było na nim ani świeżych kwiatów, ani palących
się nieustannie, wciąż wymienianych na nowe zniczy. Owszem, czasem przyszedł
ktoś z sąsiadów albo dalszej rodziny, ale po jedynym, wypalonym już dawno, przybrudzonym
szklanym szkielecie i pustym wazonie od razu można było się
domyślić, że raczej nikt tu często nie zaglądał. Zresztą, nie miał kto.
Omiotła
ręką ławeczkę przy grobie i usiadła na niej. Patrząc tępo w wygrawerowane na
ciemnoszarym nagrobku napisy, zaczęła wspominać ostatni rok. Tak, jakby chciała
im opowiedzieć, co wydarzyło się w jej życiu, odkąd była tu ostatnim razem.
Opowiedzieć o swoich sukcesach, karierze, zarobionych pieniądzach – zupełnie
tak, jakby w duchu wyobrażała sobie, jak, niczym małą dziewczynkę, gładzą ją po
głowie, mówiąc: jesteśmy z ciebie dumni,
córeczko. Chciałaby, żeby tak było. Ale wiedziała, że na pewno nie ze
wszystkiego mogliby być dumni. Cóż, nikt
nie jest idealny, otrząsnęła się.
Mogła
by siedzieć tak długo. Siedzieć i wpatrywać się w dwa napisy wygrawerowane na ciemnej,
marmurowej płycie. Bywała tu tak rzadko, więc napawała się tą chwilą. Chciała
ją wykorzystać, zachować w pamięci.
Po
jej policzku spłynęła łza. Ale nie wytarła jej ukradkiem, tu nie musiała się wstydzić.
Znowu poczuła się inna niż na co dzień. Znów wrócił ten jej zazwyczaj skrywany
i głęboko uśpiony sentymentalizm. Znów wróciły wspomnienia. Nie tylko związane
z rodzicami – bo z tą stratą już się pogodziła. Tęskniła za nimi, ale nie miała
absolutnie żadnego wpływu na to, co się stało. Co najwyżej mogła przeklinać los
za to, że był dla niej taki niełaskawy i zabrał jej dwie tak bliskie osoby. I był
czas, że przeklinała. Ale na inne zdarzenia już wpływ miała. Byli i tacy,
których ona sama wykreśliła ze swojego życia; których straciła, choć zapewne
nadal żyją. Straciła z własnej winy.
Dziwne,
że człowiek może mieć dwa tak różne oblicza. Izabela nie rozumiała siebie i swoich
reakcji, ale choć w tym drugim, polskim,
czuła się nieco nieswojo, tak naprawdę, w głębi duszy, tego potrzebowała –
zatrzymać się na chwilę, powspominać, może nawet i wypłakać. Kiedy miała to
zrobić, jak nie będąc właśnie tutaj?
*
Temat wspólnej kawy, którą
zaproponował Łukasz, nieco się rozmył.
Tak, jak zapowiadała Klara, młodzi lekarze po prostu oddali się pracy - w końcu
po to tam byli. Klara wyszukiwała kolejne zajęcia dla siebie trochę na siłę.
Robiła wszystko, by nie wejść mu w drogę; by się nie spotkali i nie wymienili
ukradkowych spojrzeń na korytarzu. Przestraszyła się. Nie jego, a siebie - bo
przez chwilę faktycznie była skłonna przystać na jego propozycję. Niby
niezobowiązujące spotkanie, ale ona nigdy nawet nie pomyślałaby, że będzie w ogóle
rozważać taką opcję. Dla niej relacja z Łukaszem była skończona, z góry spisana
na straty po tym, do czego doszło między nimi tamtej nocy.
Po co miałaby spędzać z nim czas
inaczej niż tylko podczas zajęć typowo zawodowych? Przecież to nie mogło się
udać, nie stworzą związku. W taki sposób o tym myślała, a jednak czasem, nie
wiadomo, skąd, pojawiał się ten dziwny głos w jej głowie, który mówił: Spróbuj, co ci szkodzi? W sumie nie
szkodziło nic, ale jednak gdzieś czuła pewien opór, dystans, który tak naprawdę
sama sobie stwarzała. Ale może...może jedna kawa nie
zaszkodzi,
stwierdziła w końcu, z nudów przeglądając wyniki badań jednego z pacjentów.
Trzeci raz te same.
Nuda jednak nie trwała długo
-bo chwilę później Klara została
wezwana do pacjenta, który trafił na oddział ratunkowy. Pacjenta dość
osobliwego i dlatego właśnie ona musiała się nim zająć i to bynajmniej nie z
powodów czysto medycznych. Mężczyzna był bowiem Francuzem, a z obecnych na
oddziale osób tylko ona mogła się z nim porozumieć.
Kiedy jednak weszła do wskazanej
sali, to, co - a raczej: kogo - tam zastała, przerosło jej najśmielsze
oczekiwania. Pacjenta też. Widać było, że - delikatnie mówiąc - bardzo się
zdziwił tym, że wezwana do niego lekarka to właśnie Klara. Mimo upływu lat,
rozpoznał ją od razu - tak, jak ona jego. Na jego widok najchętniej wyszłaby z
pomieszczenia jeszcze szybciej, niż się w nim znalazła. Chciała uciec - ale to
byłoby wybitnie nieprofesjonalne, więc została. Na nogach jak z waty, które
najchętniej ugięłyby się pod ciężarem nadmiaru emocji, podeszła do kozetki...