piątek, 11 marca 2016

Rozdział 4. (3/3)

Wysocki odpalił drugiego papierosa. Zaklął w myślach, że przecież miał już nie palić, ale w  sumie to po co miał o siebie dbać? Dla kogo żyć? Najwyżej zaprosi tym jakiegoś sympatycznego raka do swoich płuc. Zaprosi albo nie zaprosi – tak naprawdę, było mu to obojętne.
Zachłannie zaciągnął się dymem, upatrując w tym czegoś, co mu w jakikolwiek sposób pomoże, jakoś załagodzi, coś zmieni.
Nie pomagało.
*

– Widzę, że te badania siedzą ci w głowie. Wielka kariera się marzy, co? – rzucił Kamil mimochodem, zauważywszy Klarę wchodzącą do pokoju lekarskiego, nie odwracając wzroku od telefonu komórkowego.
– Proszę? – Klara stanęła w drzwiach jak wryta, kompletnie zszokowana tym, co usłyszała.
– Myślisz, że jak będziesz przymilać się do Wysockiego, to on cię wybierze? – zapytał Kamil z mieszanką złości, ironii i zazdrości.
– Proszę?! – powtórzyła, ale tym razem z wyraźnym oburzeniem.
– No nie wmówisz mi, że nagle zaczął obchodzić cię los biednego pana Huberta. – Kamil omiótł ją chłodnym spojrzeniem. – Żałuję, że ci o tym powiedziałem. Myślałem, że gramy do jednej bramki.
–Ja też myślałam, że gramy do jednej bramki – syknęła, po czym ostentacyjnie wyszła z pomieszczenia. Nie chciała z nim przebywać, przynajmniej dopóki nie przyjdzie ktoś jeszcze. Bała się, że pod wpływem emocji powie coś, czego potem będzie długo żałować. Zdawała sobie sprawę z tego, że potrafi być wybuchowa, a nie miała ochoty na wszczynanie wojny.
Wyszła na korytarz, podeszła do okna i oparła się o parapet, mocno zaciskając dłonie na jego krawędzi. Dysząc ciężko, starała się sprawić, by jej wściekłość gdzieś wyparowała, ulotniła się w powietrze. Nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała. Jak on mógł posądzić ją o coś takiego?! Jak w ogóle mógł pomyśleć, że Klara, rozmawiając z Wysockim na tematy inne niż zawodowe i starając się wesprzeć go w trudnych chwilach, chce sprawić, by ten podjął korzystną dla niej decyzję w sprawie nadchodzącego wyjazdu i udziału w międzynarodowym projekcie?! Jasne, gdyby mogła w nim uczestniczyć, bardzo by się ucieszyła, gdyż traktowała to jako ogromną szansę dla siebie i swojego rozwoju zawodowego, ale w życiu nie przyszło jej do głowy, żeby wykorzystać problemy osobiste Wysockiego, aby sprawić, by wybrał właśnie ją. Ba, w ogóle nie pomyślała o robieniu czegokolwiek, by wymusić taką, a nie inną decyzję Wysockiego. To był absurd. Klara brzydziła się lizusostwem i nigdy nie uciekała się do tak prymitywnych metod, by osiągnąć swój cel.
– Hej, złość piękności szkodzi. – Poczuła, jak ktoś staje za nią i kładzie swoje dłonie obok jej dłoni, lekko obejmując ją od tyłu. Odwróciła się i zobaczyła Łukasza. Stali teraz przodem do siebie. Znowu przeszywał ją tym swoim elektryzującym spojrzeniem, znowu byli niebezpiecznie blisko siebie, ale nie miała ochoty na to, by walczyć z tą sytuacją. Właściwie, to wcale jej to nie przeszkadzało.
– Bardzo śmieszne – odpowiedziała, spoglądając na niego z ukosa.
– Stało się coś?
– Powiedzmy, że właśnie odkryłam granicę ludzkiej głupoty.
– I jaka diagnoza? Gdzie ona jest?
– W nieskończoności.
– Rozumiem. – Łukasz zaśmiał się lekko. – Też tak sądzę, pani doktor.
–No, proszę, panie doktorze, jak my się ze sobą zgadzamy! Kto by pomyślał – dodała z flirciarską ironią.
– Też się dziwię. – Łukasz uśmiechnął się lekko, podchwytując taktykę Klary, po czym,  słysząc kroki, odwrócił lekko głowę do tyłu. – Ale o tym porozmawiamy później, bo teraz, pani doktor, chyba ma pani gości – zakomunikował i odsunął się, by stanąć obok Klary i odsłonić jej pole widzenia na korytarz.
Kilka metrów przed sobą ujrzała dwie postacie – kobietę i mężczyznę, których bez trudu rozpoznała. Byli rodzicami tego chłopaka, którego niecały tydzień temu operowała razem z Kamilem.
– Dzień dobry, pani doktor. Chcieliśmy pani podziękować – zakomunikowała kobieta, wręczając jej kosz ze słodyczami.
– Nie ma za co dziękować, to moja praca – odparła Klara oficjalnym tonem.
– Ale życie naszego dziecka to coś więcej. Proszę więc pozwolić nam podziękować.
– I przeprosić–zaznaczył ojciec, składając na jej ręce bukiet kwiatów – że w panią nie wierzyliśmy. Wolę nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby nie pani... Teraz wiemy, że to, że nasz syn wraca do zdrowia, to w dużej mierze pani zasługa. Mam nadzieję, że wybaczy mi pani tamto moje zdenerwowanie.
– W porządku, nie ma o czym mówić. Miał pan prawo być zdenerwowanym. Ja też byłam. – Uśmiechnęła się lekko, spełniając ich prośbę, przyjęła prezenty i wymieniła uściski dłoni z rodzicami swojego pacjenta.
Łukasz cały czas stał obok i uśmiechał się lekko, obserwując całą scenę.
–Wiedziałeś, że się do mnie wybierają? – zapytała, gdy już odeszli, mierząc Łukasza wzrokiem.
– Owszem – powiedział dumnie.
– Skąd?
– Tak się złożyło, że miałem wczoraj dla tego pacjenta bardzo dobre wiadomości, ma coraz lepsze wyniki. A że akurat ich tam spotkałem, to mogłem im odpowiedzieć na pytanie, kiedy będą mogli spotkać tę piękną, młodą lekarkę, która operowała ich syna – odparł szarmancko. – Nawet nie musieli mówić, jak ma na imię, od razu wiedziałem, o kogo chodzi. Tym bardziej, że słyszałem o tej twojej popisowej akcji.
– Jasne, jasne. – Klara spojrzała na niego pobłażliwie.
– No, dobra – przyznał przeciągłym tonem – trochę podkoloryzowałem. Po prostu zapytali, kiedy będzie doktor Klara Majewska. Ale wiesz, twoje imię i przymiotnik piękna to synonimy, więc pozwoliłem sobie go użyć. Tylko błagam, nie mów, że to słaby podryw, bo naprawdę się starałem.
– Przemilczę to w takim razie. – Uśmiechnęła się porozumiewawczo.
– Łaskawca.
– Do usług.
– Kawa? – Łukasz zmienił temat i spojrzał na nią hipnotyzująco.
–Kibluję tu cały weekend – zaznaczyła, dyplomatycznie unikając jednoznacznej odpowiedzi. Zarówno twierdzącej, jak i przeczącej.
– Ja też.
– Jak to? Przecież nie było cię w grafiku.
– Zamieniłem się. Radkowi coś wypadło.
– Znacie się? W sensie: znaliście się już wcześniej?
– Tak, to mój kumpel ze studiów. To jak z tą kawą? – Łukasz nie pozwolił Klarze odejść od tematu. – Może być w szpitalnym bufecie albo nawet w pokoju lekarskim – zaznaczył.
– Czemu ci na tym tak zależy? – Klara zmierzyła go wzrokiem.
– Bo chciałbym z tobą normalnie pogadać. Bez tych głupich docinek.
– A nie gadamy?
– No, gadamy – przyznał. – Ale...
– Ale może już wróćmy do pracy, co? – zapytała, zauważywszy, że nie zdążyła się jeszcze nawet przebrać.
A przecież nie mogła się obijać. Nie mogła też ulegać emocjom, a dzisiaj, mimo że upłynęło relatywnie mało czasu, miała ich aż zanadto. Musiała jednak trzymać je na wodzy.

*

Elegancka, zadbana kobieta w średnim wieku wysiadła z autobusu, poprawiając swój sięgający do połowy ud beżowy płaszcz. Pasek w talii podkreślał jej nienaganną figurę, której zapewne pozazdrościłaby jej niejedna równolatka. Oczywiście, od młodości przybyło jej kilka kilogramów, powodujących, że sylwetka nabrała trochę pełniejszych kształtów niż kiedy miała dwadzieścia czy dwadzieścia kilka lat, ale naprawdę wyglądała niezwykle dobrze. Izabela była z siebie dumna – w końcu nie każdej kobiecie w jej wieku udaje się prezentować tak jak ona.
Idąc drogą, raz po raz poprawiała niesforne kosmyki włosów, które, targane wiatrem, burzyły idealny kształt ściętej na skos i zaczesanej na bok grzywki. Resztę włosów, naturalnie brązowych, a teraz w zgaszonym odcieniu miedzi, upiętą miała w raczej luźny, choć nie niedbały kok.
Trasa od przystanku autobusowego na cmentarz nie była na tyle długa, by nie można było pokonać jej pieszo, ale też nie na tyle krótka, by kompletnie nie odczuć tej odległości. Zajmowała mniej więcej, w zależności od tempa marszu, piętnaście do dwudziestu minut. Było to wystarczająco dużo czasu, by przyjrzeć się okolicy. Mimo że zawsze pokonywała tę samą trasę, ani trochę się jej nie znudziła. Idą i obserwując rodzinną wioskę, za każdym razem czuła, jakby była tu po raz pierwszy od czasu, kiedy jej życie się – ogólnie mówiąc – skomplikowało. Znów nie poznawała samej siebie. Przez te kilka dni w roku, które spędzała w Polsce, była kompletnie inną osobą. Taka nostalgia i tęsknota za tym, co było, kompletnie do niej nie pasowały. Przeszłości już nie ma, jest natomiast to, co tu i teraz. Jest teraźniejszość, w której trzeba się odnaleźć. I normalnie to wiedziała. Ale nie teraz, odwiedzając rodzinne tereny.
Mimo że, z racji pory roku, niemożliwe było ujrzenie przyrody w jej rozkwicie, można było stwierdzić, że okolica jest naprawdę ładna. Izabela też stwierdzała to co roku. Czuć było ten spokój, może momentami wręcz stagnację, ale mimo to był to idealny kontrast dla miejskiego zgiełku, którą miała na co dzień. Rzędy relatywnie niewielkich domów z ogródkami po obu stronach raczej wąskich uliczek, a w oddali widocznie gdzieniegdzie połacie pól uprawnych i łąk oraz lasy – okolica była naprawdę klimatyczna. Na cmentarz prowadziły dwie drogi. Izabela wolała tę, którą właśnie podążała. Druga prowadziła przez centrum – o ile w przypadku wsi można mówić o takowym – obok przedszkola, szkoły, dużego sklepu spożywczego i  przez dość ruchliwą ulicę. Ruch akurat miała na co dzień – tutaj chciała odpocząć. Oderwać się od tego wszystkiego, co zazwyczaj ją otacza. I również trochę wyciszyć, zbudować nastrój.
Dotarłszy na cmentarz, podeszła do grobu swoich rodziców i odgarnęła ręką resztki liści i odłamki gałęzi, które na nim pozostały. Później wyciągnęła z torebki suchą szmatkę, zmoczyła ją wodą, którą wcześniej zaczerpnęła ze cmentarnej studni, przetarła pomnik z brudu i zapaliła znicz, który kupiła u starszej kobiety dorabiającej sobie do emerytury, prowadząc stoisko przed cmentarzem. Kwiatów nie składała. Uważała, że byłoby to bezsensu, gdyż bukiet wkrótce zwiędnie, a nie będzie nikogo, kto mógłby później go sprzątnąć, by pożółkłe łodygi, zeschnięte liście i opadłe, pomarszczone płatki nie szpeciły grobu, który i tak – musiała przyznać – był trochę zaniedbany i... pusty. Nie było na nim ani świeżych kwiatów, ani palących się nieustannie, wciąż wymienianych na nowe zniczy. Owszem, czasem przyszedł ktoś z sąsiadów albo dalszej rodziny, ale po jedynym, wypalonym już dawno, przybrudzonym szklanym szkielecie i pustym wazonie od razu można było się domyślić, że raczej nikt tu często nie zaglądał. Zresztą, nie miał kto.
Omiotła ręką ławeczkę przy grobie i usiadła na niej. Patrząc tępo w wygrawerowane na ciemnoszarym nagrobku napisy, zaczęła wspominać ostatni rok. Tak, jakby chciała im opowiedzieć, co wydarzyło się w jej życiu, odkąd była tu ostatnim razem. Opowiedzieć o swoich sukcesach, karierze, zarobionych pieniądzach – zupełnie tak, jakby w duchu wyobrażała sobie, jak, niczym małą dziewczynkę, gładzą ją po głowie, mówiąc: jesteśmy z ciebie dumni, córeczko. Chciałaby, żeby tak było. Ale wiedziała, że na pewno nie ze wszystkiego mogliby być dumni. Cóż, nikt nie jest idealny, otrząsnęła się.
Mogła by siedzieć tak długo. Siedzieć i wpatrywać się w dwa napisy wygrawerowane na ciemnej, marmurowej płycie. Bywała tu tak rzadko, więc napawała się tą chwilą. Chciała ją wykorzystać, zachować w pamięci.
Po jej policzku spłynęła łza. Ale nie wytarła jej ukradkiem, tu nie musiała się wstydzić. Znowu poczuła się inna niż na co dzień. Znów wrócił ten jej zazwyczaj skrywany i głęboko uśpiony sentymentalizm. Znów wróciły wspomnienia. Nie tylko związane z rodzicami – bo z tą stratą już się pogodziła. Tęskniła za nimi, ale nie miała absolutnie żadnego wpływu na to, co się stało. Co najwyżej mogła przeklinać los za to, że był dla niej taki niełaskawy i zabrał jej dwie tak bliskie osoby. I był czas, że przeklinała. Ale na inne zdarzenia już wpływ miała. Byli i tacy, których ona sama wykreśliła ze swojego życia; których straciła, choć zapewne nadal żyją. Straciła z własnej winy.
Dziwne, że człowiek może mieć dwa tak różne oblicza. Izabela nie rozumiała siebie i swoich reakcji, ale choć w tym drugim, polskim, czuła się nieco nieswojo, tak naprawdę, w głębi duszy, tego potrzebowała – zatrzymać się na chwilę, powspominać, może nawet i wypłakać. Kiedy miała to zrobić, jak nie będąc właśnie tutaj?
*
Temat wspólnej kawy, którą zaproponował Łukasz, nieco się rozmył. Tak, jak zapowiadała Klara, młodzi lekarze po prostu oddali się pracy - w końcu po to tam byli. Klara wyszukiwała kolejne zajęcia dla siebie trochę na siłę. Robiła wszystko, by nie wejść mu w drogę; by się nie spotkali i nie wymienili ukradkowych spojrzeń na korytarzu. Przestraszyła się. Nie jego, a siebie - bo przez chwilę faktycznie była skłonna przystać na jego propozycję. Niby niezobowiązujące spotkanie, ale ona nigdy nawet nie pomyślałaby, że będzie w ogóle rozważać taką opcję. Dla niej relacja z Łukaszem była skończona, z góry spisana na straty po tym, do czego doszło między nimi tamtej nocy.
Po co miałaby spędzać z nim czas inaczej niż tylko podczas zajęć typowo zawodowych? Przecież to nie mogło się udać, nie stworzą związku. W taki sposób o tym myślała, a jednak czasem, nie wiadomo, skąd, pojawiał się ten dziwny głos w jej głowie, który mówił: Spróbuj, co ci szkodzi? W sumie nie szkodziło nic, ale jednak gdzieś czuła pewien opór, dystans, który tak naprawdę sama sobie stwarzała. Ale może...może jedna kawa nie zaszkodzi, stwierdziła w końcu, z nudów przeglądając wyniki badań jednego z pacjentów. Trzeci raz te same.
Nuda jednak nie trwała długo -bo chwilę później Klara została wezwana do pacjenta, który trafił na oddział ratunkowy. Pacjenta dość osobliwego i dlatego właśnie ona musiała się nim zająć i to bynajmniej nie z powodów czysto medycznych. Mężczyzna był bowiem Francuzem, a z obecnych na oddziale osób tylko ona mogła się z nim porozumieć.
Kiedy jednak weszła do wskazanej sali, to, co - a raczej: kogo - tam zastała, przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Pacjenta też. Widać było, że - delikatnie mówiąc - bardzo się zdziwił tym, że wezwana do niego lekarka to właśnie Klara. Mimo upływu lat, rozpoznał ją od razu - tak, jak ona jego. Na jego widok najchętniej wyszłaby z pomieszczenia jeszcze szybciej, niż się w nim znalazła. Chciała uciec - ale to byłoby wybitnie nieprofesjonalne, więc została. Na nogach jak z waty, które najchętniej ugięłyby się pod ciężarem nadmiaru emocji, podeszła do kozetki...